Collect moments, not things

„Collect moments, not things” – to moje motto na październik. Ostatnio weszłam w etap planowania – może dlatego, że czeka mnie w życiu kolejna zmiana, a nawet – mała rewolucja. Chyba w końcu dojrzałam do tego, żeby zacząć planować nie tylko to, co mam do załatwienia w danym dniu czy tygodniu, ale też bardziej dalekowzrocznie – plany na najbliższy miesiąc, rok, 2 lata, 10 lat…

Oczywiście wszystko w granicach rozządnego rozsądku, bo spontaniczność jest fajna 🙂

Od kilku lat uważam siebie za minimalistkę. Nie przywiązuję się jakoś szczególnie do rzeczy, dzięki czemu nie miałam większych problemów z tym, żeby się ich pobyć. Może poza jednym wyjątkiem – książki. To zdecydowanie moja słaba strona. Ale z ponad 500 egzemplarzy zeszłam do ok. 30, więc jest dobrze. No i jednak jest w salonie tak lżej, bardziej przewiewnie, niemal czuję jak feng shui krąży i się cieszy.

Im mniej posiadam, tym mniejsza jest moja potrzeba, żeby posiadać. Choć zdarzają mi sie też chwile słabości, np. kolczyki, które po porstu MUSZĘ mieć. Co wtedy? Nic, jeśli mi nie mija – kupuję je. Minimalzam to nie są jakieś kajdany. To mój sposób na oczyszczenie. Ale to nie znaczy, że nie mogę czegoś chcieć czy mieć.

Osobną kwestią jest jeszcze sama estetyka minimalistyczna. Minimalizam kojarzy się bowiem z bielą, ewentualnie szarością, nowoczesnością i awangardą. A ja lubię koszule w kratę czerowną lub zieloną, lubię drewno i ciepłe otulające materiały, wełniane koce i duże kubki, z których mogę pić kakao. Ale lubię też prostotę – nie jestem fanką mimo wszystko stylu rustykalnego, nie lubię przeładowania. Tak czy siak, patrząc na mnie, jak się ubieram, raczej nikt by nie powiedział, że jestem minimalistką. To nic 😉

Mam gdzieś w głowie pomysły na wpisy o minimalizmie, o rzeczach które posiadam i dlaczego akurat te, czy mi czegoś brakuje, czy może nie. Bo minimalizm to jest świetna sprawa. Też dlatego, że to prosta droga do eksperientalizmu.

Tak szczerze to trochę mnie bawi, że wszystko musi mieć dziś nazwę. Ale ok, nie czepiam się. Czym jest eksperientalizm? To zdobywanie doświadczeń. To moga być całkiem różne doświadczenia! Niektóre można mieć całkiem za darmo lub za nieduże pieniądze, inne są droższe, ale kupując mniej, można sobie na nie pozwolić. We wrześniu do moich doświadczń, zebranych momentów mogę zaliczyć:

  • wizytę w centrum kultury Zamek we Wrocławiu na wystawie „Miecze średniowiecznej Europy” (koszt: 10 zł/osobę za bilet + 6,80 zł za dwa bilety tramwajowe)
  • pływanie kajakiem po stawach (koszt 5 zł/1,5 godziny – tyle nam wystarczyło)
  • wyjście na misasto na obiad (koszt 75 zł/2 osoby)
  • oglądanie zachodów słońca na balkonie (prawie codziennie, koszt: 0 zł)
  • odwiedziny u babci Lupusa (koszt 50 zł za dojazd + 20 zł za kwiaty)
  • zbieranie kasztanów (koszt: 0 zł, można też na tym zarobić, ponieważ leśnictwo oferuje 0,90 zł za kg kasztanów lub wykorzystać je do prania, zrobienia mydła czy szamponu do włosów)
  • spacer po parku i robienie zdjęć (koszt: 0 zł)
  • czytanie książek wypożyczonych z biblioteki (koszt: 0 zł)

Mogę jeszcze sporo dopisać na tej liście 🙂 Ogólnei bardzo lubię doświadczenia związane z odkrywaniem nowych rzeczy, miejsc, próbowaniem nowych smaków, więc bardzo cieszą mnie wycieczki, czytanie i jedzenie. Takie proste rzeczy są dla mnie najlepsze! ❤

Reklamy

Slow life. September 2018

zero waste shampoo
Już prawie miesiąc testuję szapon w kostce od Kremoland. Nie dość, że opakowanie zaerwaste, ekologiczny skład, to jeszcze ma świetne działanie!
zero waste nuts
W dalszym ciągu przygotowuję zapasy na zimę: łuskam i suszę orzechy włoskie. W sklepach trudno dostać je na wagę, zwykle są zapakowane w plastik. Do tego są dużo droższe niż te kupowane na targu. Już 2 kg mogą być sporym zapasem na zimę, ponieważ w jedzeniu orzechów warto zachowywać umiar. Wystarczą 2-3 sztuki dziennie.
slow life pasibus
Choć uwielbiam gotować, lubię czasem zjeść na mieście. Traktuję to jako życiowe doświadczenie 🙂 Poszukuję miejsc zero waste, w których można sobie poslowlifeować. Do takich zaliczam wrocławskiego Pasibusa.
slow life kajaki
Kolejne diświadczenie wrześniowe: kajaki. Wrzesień to miesiąc, kiedy można w końcu trochę odetchnąć po upale i wreszcie mam siły na większą aktywność fizyczną.
zero waste pranie
Po aktywności konieczne jest pranie. Ja używam indyjskich orzechów piorących, oleków eterycznych i czasem kilki innych składników zero waste. Już niedługo będzie cały wpis poświęcony wyłącznie praniu.
slow life deszcz
Na raszcie trochę chmur i deszczy! Wciąż mało, susza trwa, ale cieszę się z każdej kropli. Takie deszczowe i pochmurne popołudnia są idealne, żeby posiedzieć z kubkiem gorącej herbaty.
zero waste tea
A skoro o herbacie mowa – w poprzednim wpisie wyjaśniałam, jak przygotować herbatę zero waste.
slow life
Wrzesień zakończyliśmy wizytą w Centrum Kultury Zamek we Wrocławiu, gdzie byliśmy na wystawie średniowiecznych mieczy. Spędziliśmy tam przeszło 2 godziny. Bilet wstępu (normalny) to koszt zaledwie 10 zł. Później pochodziliśmy jeszcze po parku leśnickim. Wystawa potrwa do 7 października, macie więc jeszcze trochę czasu, żeby się na nią wybrać.

Wrzesień to jeden z moich ulubionych miesięcy. W końcu jest trochę chłodniej, można odetchhnąć i zrobić więcej. To też początek mojej ukochanej jesieni. To dobry czas do zmian.

Moje postanowienia na październik, to przede wszystkim kontynuacja przygotowywania zapasów na zimę, ale także czas na to, żeby zadbać o siebie, przede wszystkim o cerę, skórę i włosy – m.in. tym zagadnieniom będą poświęcone wpisy w tym miesiącu.

Zero waste tea

Autumn and winter are my favorite seasons. It’s time for cosy sweaters and blankets, time for pumpkins and apples, and of course – for tea. If we want to produce less waste, even little steps are important. Today I’m giving you few tips how to drink tea and produce less waste.

Tea bags are the most popular kind of tea. Only in Great Britain people drink 165 millions cups of tea per day! 96% of them are made by using tea bags. So simple calculation give us 158 millions of tea bags per day. In only one week it is 1 106 millions tea bags.

But I have also a good news. We can use tea bags for compost. But first we have to check what kind of material are they made from. There’s a simple test for that. Take one of yours tea bag’s and set it on fire. If tea bag melt away it’s certain that the tea bag is made from some synthetic material and we can’t use it for compost. But if it burns good and smells nice (not like plastic), it could be used for compost.

It’s not every thing that we can do if we want to produce less waste. We can buy also tea without tea bags. We have a few possibilities:

  • we can buy tea without tea bags in regular shops, but this kind of tea is mostly in some plastic bag,  even if we buy it in a steel can.
  • we can buy tea in glass jars in some eco-shops or waste free shops like „Bez Pudła” in Wrocław.
  • we can made our own tea – we can buy or grow or even collect our own herbs like nettle, linden blossom, camomile. But if we want to enjoy our own tea, we have to prepare it at spring and summer. For example the best time to collect linden blossom is june/july, when lindens bloom. This year we have our own and waste free linden blossom from my aunt who has a big garden with lindens, and nettle from my parents-in-law garden.

What else? It’s good to have tea infuser and honey, if we like sweet tea. That’s all – zero waste tea is ready!

∗∗∗

Jesień i zima to moje ulubione pory roku. To czas na przytule swetry i koce, czas na dynie i jabłka, i oczywiście – na herbatę! Kiedy staramy się żyć bez smieci, nawet małe kroki są ważne. W dzisiejszym wpisie podpowiadam, jak wciąż pić herbatę, ale zostawiać po tym mniej śmieci.

Herbata w saszetkach (tzw. herbata ekspresowa) jest najbardziej popularnym rodzajem herbaty. Tylko w samej Wielkiej Brytanii pije się 165 milionów filiżanek herbaty dziennie. Z tego aż 96% stanowi herbata w saszetkach. Po przeliczeniu daje to 158 milionoów herbacianych saszetek dziennie. Zatem w przeciągu zaledwie jednego tygodnia daje to wynik 1 106 000 000 saszetek herbaty.

Ale mam dobrą wiadomość. Saszetki po herbacie mogą być używane jako kompost. Jednak zanim się tak stanie, należy sprawdzić z jakiego materiału saszetki danej herbaty są zrobione. Jest na to prosty sposób. Weź jedną z saszetek swojej herbaty i ją podpal. Jeśli pod wpływem ognia zacznie się ona topić i poczujesz zapach palonego plastiku, oznacza to, że na pewno taka saszetka została zrobiona z materiału syntetycznego, Jeśli jednak będzie dobrze płąnęła i jej zapach będzie przyjemny (nie jak plastik), będzie mogła być ona użyta jako kompost.

Ale to nie jedyny sposób, żeby produkować mniej śmieci. Możemy także kupić herbatę luzem, pakowaną bez saszetek. Jest tutaj kilka opcji:

  • możemy kupić herbatę luzem w zwykłych sklepach, choć wówczas jest ona dodatkowo zapakowana w plastikową torebeczkę, nawet jeśli kupujemy herbatę w metalowej puszce.
  • możemy kupić herbatę w szklanym słoiczku (lub do szklanego słoiczka) w sklepach ekologicznych lub zero waste, jak np. w sklepie Bez Pudła we Wrocławiu.
  • możemy przygotować własną herbatę – możemy kupić lub uprawiać, lub nawet samodzielnie zebrać zioła takie jak pokrzywa, kwiaty lipy czy rumianek, ale trzeba się tym zająć wiosną i latem. Na przykład kwiaty lipy zrywa się na przełomie czerwca i lipca, kiedy lipy kwitną. W tym roku mamy nasze własne zero waste zioła: kwiaty lipy od mojej cioci, która ma duży ogród z lipami oraz pokrzywę z ogrodu moich teściów.

Co jeszcze? Dobrze jest mieć zaparzacz do herbaty oraz miód, jeśli lubimy słodką herbatę. To wszystko – herbata zero waste jest gotowa!

Suszone kwiaty lipy.
Suszone kwiaty lipy.
Suszona pokrzywa.
Suszona pokrzywa.
Herbata z pokrzywy.
Herbata z pokrzywy – powinna parzyć się ok. 10 min. Ma wtedy mocny zielony kolor.
Herbata zero waste
Jestem gotowa na jesień!

 

 

Sztuka naprawiania rzeczy

Pomysł na dzisiejszy wpis wziął się z tego, że kupiłam e-booka (Rzeczozmęczenie. Jak żyć pełniej, mając mniej – polecam! już teraz stwierdzam, że to najlepsze 25,06 zł jakie w życiu wydałam!) i pomyślałam, że Kindle to fajne urządzenie. Chwilę później zastanowiłam się jeszcze raz – zaraz, mam go już przeszło 4 lata, a on wciąż działa bez zarzutu? Jak to możliwe?

Obawiam się, że przyzwyczailiśmy się, że rzeczy kupujemy na tylko na chwilę. Najczęstszą przyczyną jest to, że dana rzecz się po prostu zepsuła. Najczęściej nie chce nam się oddawać jej do naprawy, bo to sporo zachodu, albo naprawa się nie opłaca, bo przekroczy wartość naprawianego przedmiotu, lub mamy ochotę na coś nowego, a zepsuty przedmiot to znakomita okazja!

kindle
To już przeszło 4 lata razem!

Zaczęłam się zastanawiać, jak to jest z innymi rzeczami. Bo chyba nie posiadam nic innego, co się nie zepsuło. Ale czy to musi oznaczać, że trzeba to wyrzucić?

Buty

Kiedyś myślałam, że chodzę jak słoń i dlatego wszystkie moje buty już w połowie sezonu były do wyrzucenia. Prawda była jednak inna. A w zasadzie – dwie prawdy:

1. Nie dbałam o buty. Buty wymagają pielęgnacji. Kiedy tylko widzę, że fleki się starły, biegnę do szewca. Regularnie też czyszczę i pastuję buty. Przechowuję je w pudełkach, do których wkładam też saszetki herbaty (pochłania ona wilgoć z butów i ewentualny nieprzyjemny zapach). Nie dorobiłam się jeszcze prawideł do butów, ale w celu ich wypchania wystarczy też papier (choć prawidła są zdecydowanie bardziej zero waste) To powoduje, że buty wyglądają jak nowe, a ja mam ochotę je nosić. Bo jednak trochę to też działa na naszą psychikę – jak coś jest brzydkie, zniszczone, zaniedbane, nie mamy ochoty tego nosić i w efekcie nie nosimy, a skoro nie nosimy, a jest potrzeba, żeby daną rzecz posiadać, np. sandały na lato, to wybierzemy się do sklepu po nowe. Ale zamiast kupować, możemy po prostu zacząć dbać o buty, dzięki czemu posłużą nam długie lata i wciąż będą wyglądały dobrze.

2. Kupowałam buty słabej jakości. Bądźmy szczerzy – buty z Deichmanna czy innego CCC nie należą do najlepszych. Tanie… Czy to jest dobry argument? W ciągu roku takich butów kupuje się nawet kilka par, powiedzmy za łączną kwotę 350 zł. Czy nie lepiej za te pieniądze kupić porządne, skórzane buty, np. botki na zimę, które – przy odpowiedniej pielęgnacji – posłużą nam kilka ładnych lat?

Teraz tak robię. Dbam o buty oraz wybieram te lepsze. Dzięki temu od 3 lat mam te same botki zimowe oraz sztyblety – z tymi ostatnimi było już naprawdę źle, ponieważ guma, która jest zwykle z boku sztybletów, zaczęła mi się pruć. Na szczęście szewc naprawił ten problem. Od dwóch lat mam moje półbuty jesienne. Największy problem mam z sandałami. W tym roku, przyznam szczerze, było mi żal wydawać grubych pieniędzy na kilka paseczków. Kupiłam więc na allegro tanie sandały za 40 zł. Jaki efekt? Niestety, już są na wysypisku śmieci, nie dało się ich już nawet naprawić!

Ubrania

Z ubraniami jest taki problem, że większość damskich ubrań jest naprawdę kiepskiej jakości! Trzeba bardzo uważać, ponieważ nawet producenci ubrań z wyższej półki nas oszukują, oferując bluzkę za 500 zł wykonaną z poliestru.

Ogólnie ubrań mam bardzo mało – w tym roku staram się w niewielkim stopniu uzupełnić szafę. Ale też bez przesady, ponieważ od przyszłego roku mam zamiar wprowadzić w życie pewien plan. Pomysł na niego wziął się z jednego z moich ulubionych seriali, czyli Dawnton Abbey. Jest tam pokazane, jak główne bohaterki raz na jakiś czas wybierają się do krawca. Nie zamawiają ubrań często, może raz czy dwa razy do roku, nie robią też dużych zakupów, zwykle jedną czy dwie suknie. Ale są to suknie najwyżej jakości, które noszą później przez całe lata.

Trafiłam też na artykuł o tym, że w dzisiejszych czasach skrojona na miarę i dobrej jakości  koszula, jaką nosili nasi przodkowie, kosztowałaby nawet 2 tys. funtów! O ile się nie mylę to ponad… 9,5 tys. zł! Wyobrażacie dać sobie tyle za koszulę? Ja też nie 😉 Ale jednak marzą mi się ubrania dobrej jakości, tym bardziej, że z racji mojego wzrostu, mam duży problem, żeby znaleźć coś, co będzie na mnie dobrze wyglądało. Zaczynam więc myśleć o tym, czy nie zacząć od przyszłego roku chodzić do krawca lub przynajmniej nie kupować rocznie tylko jednej czy dwóch części garderoby, za to super jakościowo. Np. taki kaszmirowy sweter czy jedwabna sukienka… O takie rzeczy z pewnością bardziej by się dbało.

Ale można dbać nawet o nasze codzienne ubrania. Przykładowo – płaszcze zimowe oddaję do czyszczenia zawsze po zakończonym sezonie, przede wszystkim z powodu wszechobecnego futra (tak to jest, kiedy ma się psa). Ale przy użyciu szczotki czyszczę je też na co dzień. Tak samo jak moje codzienne ubrania.

Duże znaczenie ma też jakość materiału. U mnie na pierwszym miejscu jest organiczna bawełna, len, wełna, jedwab, czyli materiały naturalne. Dopuszczam minimalną ilość w składzie sztucznego materiału – poliestru, nylonu lub elastanu, ale jeśli mogę wybrać pomiędzy materiałem w 100% naturalnym a z dodatkiem sztucznego, ten pierwszy zwycięża. Dlatego podczas zakupów jedną z najważniejszych dla mnie kwestii jest sprawdzenie składu materiału na metce. Nie idę tu na kompromisy, nawet jeśli dana rzecz bardzo mi się podoba. Jeśli jest wykonana ze sztucznego materiału – nie kupuję jej.

Akcesoria

Dbam o stan także moich dodatków. Biżuterię czyszczę, tak samo jak portfel i torebkę, które dodatkowo nawilżam. Dbam też o stan mojej bielizny, piżam, a nawet domowych klapek. Bo to, że używam czegoś tylko w domu nie oznacza dla mnie, że mogę odpuścić. I tak mam ze wszystkim!

Takie podejście sprawia, że pozostawiamy po sobie mniej śmieci, ponieważ rzeczy są po prostu bardziej użyteczne. Jest to też dobry sposób, żeby nauczyć się chcieć mniej, wymieniać co sezon na nowe. Jest w nas taka trochę tendencja, we mnie również. Ale jeżeli dana rzecz jest zadbana, dobrze się w niej czuję, to zmniejsza się moja chęć na jej wyrzucenie czy nawet na rozszerzenie mojej szafy.

 

Gorąco, upał, skwar – przyszłość ludzkości

Dziś będzie krótko. Nie mam dobrych wiadomości. Czeka nas ciężki czas. I to nasza, ludzkości, wina.

Tegoroczne lato porządnie daje mi się we znaki. Nie tylko lato. Bardzo ciepło było już w kwietniu i w maju. Były to też wybitnie suche miesiące, co jest tragiczne w skutkach dla rolnictwa. Swoją drogą nigdy nie przestaną mnie dziwić komentarze większości ludzi i pogodynek w tv, którzy wygłaszają peany na cześć upału oraz biadolą przy najmniejszych opadach. Poważnie, czy ci ludzie nie są naprawdę świadomi, że bez deszczu nasza planeta zmieni się w pustynię? Będą się rozwijać nowe choroby, superwirusy. Czeka nas klęska nieurodzaju i głodu.

To nie jest moja mroczna przepowiednia. To nasza przyszłość.

Jak Wam się podobało tegoroczne lato z temperaturą obiegającą 40 stopni Celsjusza? Dla mnie było i nadal jest okropne. Mam problemy z oddychaniem i sercem, dlatego takie temperatury są dla mnie bardzo ciężkie do wytrzymania. Możecie powiedzieć, że jak ktoś umrze z powodu takiej temperatury, to cóż, no naturalna selekcja, przetrwają najsilniejsi. Jednak problem w tym, że takie temperatury nie są normą dla naszego klimatu.

Na tym kończę dzisiejszy wpis. Zostawiam Was z linkiem do źródła: http://www.pap.pl/aktualnosci/news,1529269,naukowcy-lata-2018-2022-beda-wyjatkowo-gorace.html

P.S. Zdjęcie tytułowe jest wyrazem mojego uwielbienia dla zieleni, której jest coraz mniej i wody, której jest coraz mniej.

Czytanie a dom pełen książek

Czytanie książek od lat jest jedną z moich ulubionych czynności! Z tego powodu, jeszcze ok. 4 lata temu posiadałam dobrze ponad 500 książek. Dokładnej liczny nie jestem w stanie podać… Wszystko zmieniło się, kiedy poznałam minimalizm, co złożyło się w czasie z przeprowadzką w środku upalnego lata.

Jak pozbyć się książek?

Część książek udało mi się sprzedać na Allegro. Uzbierałam dzięki temu temu na (bez)zwrotną zaliczkę na nowe mieszkanie, które miałam wynająć. Część książek przyjęła pobliska biblioteka miejska, ale oddanie książek do biblioteki nie należy do łatwych zadań – większość bibliotek niechętnie przyjmuje książki wydane przed 1990 r. Najlepsze są dla nich nowe pozycje. I właśnie z takimi starszymi książkami oraz z tymi, do których miałam szczególny sentyment, miałam największy problem. Jak mogę oddać lub sprzedać książkę, którą dostałam w prezencie gwiazdkowym od rodziców w wieku 11 czy 12 lat, w czasach, kiedy nie było ich stać na jakikolwiek prezent. Znalazłam na to na szczęście rozwiązanie! Tego typu książki trafiały do osób z mojej rodziny lub znajomych. Najczęściej interesowali się nimi młodzi rodzice. Wiedziałam więc, że taka książka nie tylko trafi w dobre ręce, ale też się przyda. Natomiast moje książki, szczególnie te ze studiów, których nikt nie chce, pakowałam w paczki, na których opisywałam jakie pozycje znajdują się w środku i wynosiłam je partiami w słoneczne dni koło śmietnika. Bardzo szybko znikały, być może trafiły w jakieś dobre ręce lub przydały się komuś do innych celów.

Co zamiast książek?

Pierwsze i najważniejsze – biblioteka! Jestem posiadaczką kilku kart bibliotecznych odkąd pamiętam i jest to najlepsze miejsce, żeby zdobyć książki i móc czytać nowe pozycje! Jest to szczególnie ważne, kiedy marzę o jakiejś konkretnej książce, która być może sprawdzi się w mojej domowej biblioteczce, ale nie jestem do końca przekonana. Jeśli się sprawdzi, a ja jestem pewna, że będę do niej wracać, wówczas rozważam zakup 🙂

ksiażki
Oto seria książek, która musiała znaleźć się w mojej biblioteczce! Udało mi się ją skompletować w trzy lata.

Drugi najważniejszy dla mnie punkt, to czytnik e-booków. Osobiście od 4 lat posiadam Kindla i jak dotąd – ani razu mnie nie zawiódł. Ale na rynku są też inne czytniki, na których się kompletnie nie znam. Wiadomo oczywiście, że czytnik to nie to samo, co papierowa książka, niemniej jednak jest on pełen zalet:

  • zajmuje niewiele miejsca
  • łatwo zabrać go ze sobą w podróż
  • i do tego pozwala mieć przy sobie kilka…set książek!
  • z ekologicznego punktu widzenia jest bardzo ekologiczny, oszczędzamy papier!
  • wymaga ładowania przez ok. 2 godziny raz na 3-4 tygodnie
  • jest przyjazny dla oczu
  • e-booki są tańsze niż papierowe książki
  • jest też ich całkiem sporo dostępnych całkowicie za darmo (o tym za chwilę)
kindle
Kindle – od 4 lat działa bez zarzutu!

Ma też dwie duże wady:

  • papierowa książka to jednak zawsze papierowa książka – nie da się zastąpić zapachy papieru czy przyjemności z przerzucania stron
  • w przypadku długotrwałego braku prądu (np. na skutek jakiejś katastrofy) czytnik staje się bezużyteczny po ok. 3-4 tygodniach. Dlatego ważne dla mnie książki (i nie mówię tu o Harrym Potterze), które zawierają potrzebną mi do przetrwania wiedzę, kupowałam, kupuję i będę kupować w wersji papierowej.

Darmowe e-booki

Na koniec pozostawiam kwestię darmowych e-booków, które możecie legalnie pobrać ze strony Biblioteki Internetowej Wolne Lektury objętej honorowym patronatem Ministerstwa Edukacji Narodowej oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Pozycje, które tam znajdziecie, to trochę starsze książki, do których prawa autorskie już wygasły. Dla mnie szczególnie znaczenie mają takie pozycje jak:

  • Illiada
  • Odyseja
  • Pan Tadeusz
  • Dziady
  • Trzej muszkieterowie
  • Tajemniczy ogród

Mogę tak jeszcze wymieniać, ale najszybciej będzie, jak sprawdzicie sami! Polecam! ❤

Slow lipiec – podsumowanie

Dzisiejszy wpis będą stanowiły przede wszystkim zdjęcia z moich starań o bardziej uważne życie, w nurcie slow life.

W tym miesiącu dostałam małego pstryczka w nos od życia, które udowodniło mi, że wcale a wcale nie żyję tak powoli jak mi się wydaje. A to za sprawą tego, że zepsuł mi się telefon. Bez telefonu ciężko, tym bardziej, że prowadzę swoją działalność gospodarczą, ale było mi żal pieniędzy na nowy, bo nowy kupowałam niespełna rok temu! Wygrzebałam więc z kartonu z elektrośmieciami, których jeszcze się nie pozbyłam, stary telefon. Udało się go uruchomić, ale nie mam na nim tylu funkcji co na starym. Nie mam np. poczty mailowej. Pierwszy tydzień życia z tym telefonem to był jakiś horror! Mimo że sama ustalam sobie godziny pracy, przeżywałam ogromny stres kiedy np. szłam rano na zakupy czy nawet pobiegać i nie mogłam sprawdzić, czy w ciągu tej godziny nieobecności nie przyszedł do mnie jakiś ważny-nie-cierpiący-zwłoki-mail. No obłęd! Po powrocie do domu biegłam do komputera, żeby sprawdzić stan mojej skrzynki mailowej. I co? I ani razu nie zastałam tam wiadomości pilnej, nagłej itp.

Dotarło do mnie wtedy, że idiotka ze mnie, co tu kryć. Ale dzięki temu nauczyłam się żyć wolniej. Prawdziwie! Dzięki temu spędziłam bardzo przyjemny lipiec w nurcie slow life.

slow life ostrów tumski
Niedzielny poranny spacer po Ostrowie Tumskim we Wrocławiu
slow life
Poranek w środku tygodnia. Ten gentleman w średnim wieku najlepiej pokazuje mi, co to znaczy slow life!
slow life śliwki
Choć nie jestem wielką fanką lata z powodu upałów, to jednak bogactwo natury, świeże warzywa i owoce sprawiają, że jednak cieszy mnie lato! To są śliwki bojanówki, z których zrobiłam powidła śliwkowe z miodem rzepakowym. Ale nie tylko!
slow life śliwki suszone
Część śliwek wysuszyłam w piekarniku, na próbę. Podobno najlepsze są do tego śliwki węgierki, ale i bojanówki sprawdziły się bardzo dobrze! No i najważniejsze – to sposób, żeby mieć w domu śliwki suszone bez plastikowego opakowania! Wprawdzie wygenerowałam śmieci w postaci papieru do pieczenia, ale to tzw. mniejsze zło. Zużyłam też energię na ich suszenie w piekarniku. Ale tworzę projekt suszarni, w której będę mogła suszyć śliwki czy grzyby na balkonie. Być może uda mi się to zrobić jeszcze w tym sezonie, a jeśli nie, to na pewno w przyszłym roku.
slow life spacer
Popołudniowy spacer nad rzekę. Za jakiś czas muszę napisać coś więcej na temat zapylaczy. Zdjęcie: Lupus.
slow life drzewa
Do niczego mnie tak nie ciągnie jak do drzew, do lasów, do zieleni! Choć bardzo lubię też lasy zimą czy jesienią, która jest moją ulubioną porą roku. Po prostu – kocham drzewa!
slow life obiad
Czy mówiłam, że uwielbiam zieleń? Połączenie zieleni i jedzenia to tym bardziej idealne połączenie! Gotuję codziennie. Nie jestem wegetarianką, ale mięso jem nie częściej niż raz-dwa razy w tygodniu. Tutaj przykład zupy krem cukiniowo-groszkowej. Ilość śmieci po takim gotowaniu to dwa słoiki po groszku, których jednak nie wyrzuciłam, tylko wykorzystam ponownie. Sezon na warzywa i owoce jeszcze trwa, będę na pewno robić jeszcze powidła śliwkowe, ale też marynowaną paprykę, chcę też spróbować pobawić się z cukinią. Dlatego każdy słoik jest dla mnie na wagę złota – po co kupować nowe, skoro mogę wykorzystać te, które mam?
slow life czekolada
Chwila słabości i odrobina przyjemności… No one is perfect… W tle „Harry Potter i Kamień Filozoficzny” po raz kolejny – idealna książka na slow popołudnie!
slow life róże
Nie mam wielu przyjaciół, najważniejsza jest dla mnie rodzina. I szczerze – nie jestem z tego powodu nieszczęśliwa, wręcz przeciwnie. Jestem raczej typem samotnika. Ale miło było przyjąć gości z okazji imienin – kwiaty zawsze chętnie przyjmę w prezencie. Kartka z życzeniami od przyjaciółki to także piękna pamiątka. Jeśli zaś chodzi o bukiety – jak najbardziej mogą być zero waste! Można kupić po prostu same kwiaty, bez ozdób, czy same w sobie nie są one piękne? Jeśli jednak chcecie podkreślić jakąś uroczystą okazję, np. kupujecie kwiaty na ślub, poproście panią w kwiaciarni, żeby nie przystrajała bukietu folią czy plastikowymi wstążeczkami. Prawda jest taka, że naturalne materiały są nie tylko bardziej ekologiczne, ale też zdecydowanie bardziej stylowe i eleganckie. Poproście w kwiaciarni, żeby bukiet ubrać w zieleń, np. duże liście – będą one piękną oprawą dla kwiatów. Ozdoby nie są potrzebne, bo kwiaty same w sobie są ozdobą. Jeśli jednak nie możecie się powstrzymać, wybierzcie raczej jakąś lnianą wstążkę.
slow life lato
Moim zdaniem nie ma lepszej aktywności niż chodzenie! Jeśli ma się taką możliwość, najlepiej po polach i lasach. Nie dajcie sobie wmówić, że nie macie czasu. Może zamiast siedzieć przed tv? A może wybierając spacer do pracy zamiast samochodu czy autobusu?
slow lipiec
A oto prawdziwie letni krajobraz. Przypomina mi, że lato to pracowita pora roku, szczególne jeśli chce się mieć zapasy na zimę.
slow life pszczoła
Pracownica roku!
Slow life książka
A po pracy i wysiłku fizycznym czas na odpoczynek! Jeśli jeszcze nie wiecie, to się właśnie dowiecie, że uwielbiam czytać książki! Jeszcze zanim zainteresowałam się minimalizmem miałam ich przeszło 500 sztuk i to ograniczenie ich ilości było dla mnie wyzwanie. Teraz mam na półce około 30 książek. Nie znaczy to oczywiście, że nigdy ich nie kupuję. Jeśli jakaś pozycja mi się spodoba, tak jak „Żyj jak rolnik” – trafia na półkę. Jestem też wielką fanką (i stałym bywalcem) bibliotek. A jeśli marzy mi się jakaś książka, ale przede wszystkim, żeby ją przeczytać, kupuję ją w formie e-booka na Kindla.
slow life kury
Oj tak, nie ma nic lepszego niż swojskie jajka!
slow life
Chociaż owoce też są przepyszne!